Czytanie to najlepszy sposób uczenia się - Aleksander Puszkin
piątek, 26 marca 2010
Alain René Lesage, "Diabeł kulawy"

Pomysł nie jest nowy, a jednak świeży; powieść nie jest długa, a jednak obszerna; dominuje baśniowa poetyka, a jednak dotyczy przyziemnego życia. Książka mogłaby się nie podobać, a jednak się podoba; sprecyzuję – mnie się podoba.

Październikową noc w Madrycie spowija moc tajemnic. Niejedną z nich niespodziewanie zgłębia don Kleofas Leandro Perez Zambullo. Tego szczęśnego-nieszczęsnego właściciela katorżniczego nazwiska (chyba się zgodzicie) poznajemy w chwili, kiedy ucieka przez okiennicę w strychu. Starał się ocalić życie i honor, siląc się wymknąć kilku zbirom, ścigającym uparcie studenta, aby go zabić lub zmusić siłą do zaślubienia damy, z którą go zeszli na czułym gruchaniu*. Bohater porywczo chroni się w siedlisku astrologa, lecz zamiast gospodarza wita go głos z zapieczętowanej fiolki. Diabeł Asmodeusz – gdyż to właśnie on jest więźniem czarnoksiężnika – chętnie korzysta z pomocy don Kleofasa i po oswobodzeniu pokazuje wybawcy często niechlubne sekrety mieszkańców miasta…

Lesage zaadaptował osnowę Diabła kulawego (Le diable boiteux, 1707) z El Diablo Cojuelo Luisa V. de Guevary, ale mimo zapożyczeń stworzył autonomiczne, autorskie dzieło. Zobowiązania względem hiszpańskiego pierwowzoru są zatem skromne. Reguluje je tylko przewodnia koncepcja diabła odsłaniającego dachy domów dla ukazania ich wnętrza oraz szkic kilku zwięzłych sylwetek. Spostrzegawczość, temperament i żądło satyryczne Lesage przedstawia już typowo własne. Kilkoma zręcznymi rysami stylizuje ówczesny Paryż na Madryt, ale przedstawia znaną sobie rzeczywistość, a gęsta, mobilna akcja jest tylko pretekstem do zilustrowania galerii osobliwości. Autor powierzchownie sygnalizuje problemy i postawy – fakt, ale kreśli je bardzo plastycznie i zamaszyście, w krótszych lub dłuższych formach. I w ten sposób ponad trzysta lat temu powstaje przednia opowieść awanturnicza. Mój wielki szacunek; powieść – jako sprofilowany gatunek literacki – była w tym czasie w powijakach, dopiero się kształtowała. Wykrzyknik.

Na odrębną wzmiankę zasługuje osoba tytułowego bohatera. Asmodeusz koliduje z biblijnym przekazem, który ostrzega przed niegodziwą istotą duchową – pierwszym kłamcą i mordercą. Diabeł Lesage’a anonsuje się don Kleofasowi: klecę pocieszne małżeństwa: kojarzę staruchów z nieletnimi dziewczątkami, panów ze służebnymi, panny bez posagu z tkliwymi kochankami gołymi jak święci tureccy. To ja wprowadziłem na świat zbytek, rozpustę, gry hazardowe i chemię. Jestem wynalazcą turniejów, tańca, muzyki, komedii i wszystkich nowych mód […]. Jestem demonem wyuzdania, lub, aby rzecz określić przyzwoiciej, bożkiem Kupidynem […]**. Nie kupuję takiego diabła. Nie znaczy to jednak, że podczas lektury się nie ubawiłam. Przeciwnie, Diabeł kulawy osobliwie przypomina mi Rękopis znaleziony w Saragossie Jana Potockiego. Samo porównanie, chociaż nie do końca ścisłe i zasłużone, jest wysokiej próby rekomendacją.

* Alain René Lesage, Diabeł kulawy, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2003, s. 9.

** Ibidem, s. 11.
sobota, 20 marca 2010
Elizabeth Gaskell, "Szara dama"

Chyba powinnam szykować się na grom z jasnego nieba, ale czytając Szarą damę (The Grey Woman, 1861), niejednokrotnie musiałam poskramiać swoje zadawnione, pierwotne skojarzenia z pismadłami Anny Mostowskiej. Sic! Wiem, wiem, miara talentu srodze nierówna – oczywiście na niekorzyść tej drugiej – ale ostatni raz z takimi archaizmami i składnią miałam styczność, męcząc Zamek Koniecpolskich w Bibliotece Kórnickiej. W naturalny sposób specyfika powiastki Elizabeth Gaskell jest plonem jedynego polskiego przekładu tajemniczej pani J.F. z 1926 roku*. Zastanawiam się, co powinnam myśleć o wartości tego tłumaczenia – Mostowska tworzyła w epoce preromantyzmu… Ale stop, to tylko moja dzisiejsza napastliwość i odczucie. Inny czytelnik noweli (np. ten, który nie marniał nad Mostowską) pewnie spojrzy na nią przez odmienny pryzmat.

A warto. Mimo mankamentów przeczytałam utwór chętnie i z niekłamaną uciechą. Trochę już odwykłam od tego typu literatury, dlatego też na historyjkę rzuciłam się chciwie jak wyposzczony wilk. Autorka zdradza tutaj nielichy „lwi pazur”: umiejętnie łączy elementy powieści przygodowej i – przede wszystkim – gotyckiej.

Opowieść zaczyna się sielsko, lecz szybko przechodzi do mroczniejszego meritum. W zasadniczej, pamiętnikarskiej części czytelnik trafia do XVIII-wiecznych Niemiec. Anna Scherer, piękna młynarzówna, nawet nie podejrzewała ile zmienią w jej młodym życiu odwiedziny u koleżanki, Zosi. W Karlsruhe poznaje uroki i niedole światowego życia, a niebawem również swego przyszłego męża. Gaskell od początku podpowiada, że tego pana czytelnik ma nie polubić. De la Tourelle, choć gładki i szykowny, rychło zostaje opieczętowany instynktownym mianem gotyckiego łotra.

W noweli nie brakuje licznych i normatywnych cech tzw. czarnego romansu. Chociażby złowrogie zamczysko w Wogezach (Les Rochers)! Gmach przytłacza brzemieniem zbrodni, które się tam rozegrały. Jednocześnie jest świadkiem nerwowych niepokojów głównej bohaterki. Ale to tylko zalążek jej niedoli. Kreśląc uciśnienie Anny pod mężowską kuratelą, lecz także te późniejsze podczas dramatycznej ucieczki, autorka zręcznie buduje klimatyczny suspens. Więcej nie zdradzę. Szkoda tylko, że pisarka zdecydowała się na tak krótką formę prozatorską. Mój egzemplarz (e-book) ma ledwie 45 stron i nie jestem do końca przekonana, czy jest to pełna wersja. Dostrzegam wiele nieścisłości; może by ich nie było, gdybym dysponowała pełnym tekstem (o ile jest wybiórczy). A może inaczej: może po prostu prozaiczka pozwoliła sobie na braki logiczne; trochę ich jest. Tego nie wiem. Ale mimo wszystko zachęcam; ot, dla relaksu. Zachęcam i czuję się zachęcona, w moim przypadku do zgłębienia twórczości Gaskell. W kwietniu ma się ukazać polskie tłumaczenie North and South – a zatem tym bardziej**.

* Szara dama. Nowela, tłum. J.F., Księgarnia św. Wojciecha, Poznań 1926.
** Istnieje już amatorski przekład tej powieści (więcej szczegółów na stronie: gaskellnorthsouth.blogspot.com).

 

wtorek, 16 marca 2010
Alfred de Musset, "Spowiedź dziecięcia wieku”

 

Spowiedź dziecięcia wieku (Confession d’un enfant du siècle, 1836) zawdzięcza swą sławę nie tyle własnym zasługom, co legendzie swego pierwowzoru. Impulsywny związek 22-letniego poety i o siedem lat starszej George Sand, gorszycielki tamtych czasów, jest atrakcyjnym pomysłem na historię literacką, zwłaszcza że okrasza go moc realnego uczucia. Literaci poznali się w czerwcu 1833 r. na obiedzie u François Buloza, redaktora „Revue des deux Mondes”. W sierpniu byli już parą. Związek dwóch nierównych osobowości i przykra zazdrość rychło okazały się dźwignią wzajemnych żalów. Zmęczeni tym kochankowie postanawiają udać się do Włoch (koniec 1833 r.), oczekując tam ukojenia, ale sytuacja wcale się nie poprawia.

Kto tak naprawdę zawinił? Snucie domysłów wymaga nie tyle odwagi, co brawury. Równolegle z bieżącymi wydarzeniami rozgorzała siarczysta polemika stronnictwa sandystów i mussetystów. Bardzo wcześnie powieściopisarka zamieszcza elementy swoich przeżyć w Listach podróżnika i drukuje je w czasopiśmie Buloza. Znaczne później, dwa lata po śmierci byłego kochanka, Sand wydaje również powieść Ona i on*, w której pod klarowną woalką prezentuje losy ich związku. Do tego tematu wróci jeszcze w Historii mego życia. Natomiast Musset ogłasza Spowiedź dziecięcia wieku i Noce**. W Spowiedzi krańcowo idealizuje postać Brygidy Pierson, otaczając ją konwencjonalną, anielską aurą. Sobie zaś przypisuje całą winę za rozdźwięki. Jednak jak zauważa Boy, osoba występnej, pierwszej ukochanej bohatera zawiera więcej autentycznych szczegółów, wiążąc ją z francuską skandalistką***.

W Wenecji poeta zapada na zdrowiu (najprawdopodobniej choruje na tyfus). Pielęgnuje go młody lekarz, Pietro Pagello. Kto przeczytał książkę, wie już wszystko. Musset nie próbuje zatuszować prawdziwej tożsamości Oktawa, Brygidy czy Smitha; podobieństwo jest zbyt oczywiste. Narrator (Oktaw de T***), młodzian pochodzący z zamożnej rodziny, zmaga się z dwoma chimerami – frustracją po wiarołomności swej pierwszej, bezimiennej kochanki (zdradza go z jego przyjacielem) oraz tzw. chorobą wieku. Przypadłość ta była reprezentatywna dla romantyków: melancholia, rozgoryczenie, apatia. Jak się okazuje, wyznania autora wykraczają daleko poza prywatność; są równocześnie głosem pokolenia młodzieńców dotkniętych bólem istnienia. Główny bohater ma świadomość, że jest modelowym „dziecięciem swego wieku”. Początkowo stara się zapełnić pustkę, goniąc za lekkimi uciechami, okazują się one jednak marnością i pogonią za wiatrem. Ostatecznie to uczucie do Brygidy ma nadać cel jego życiu. Kończy się jednak na zaborczości i trujących podejrzeniach. I gdzie tutaj jest miejsce na miłość?

Powieść jest podzielona na pięć części. Brygida pojawia się dopiero w trzeciej. Muszę przyznać, że się trochę niecierpliwiłam. Duszny niekiedy styl Musseta irytuje egzaltowanymi dygresjami, nieprzejrzystością i emfazą – zarówno w słowie, jak i w warstwie znaczeniowej. Jest dobry w niewielkiej dawce, lecz już ciężkostrawny w większej, przynajmniej dla mnie. Cieszę się jednak, że przeczytałam Spowiedź, chociażby za refleksje, które wymusza. Mimo upływu czasu, zmiany wielu norm, niektóre obserwacje pozostają bez zmian, np. zdradliwa moc zazdrości, która może strawić prawdziwą miłość i oddanie.

* Brat Musseta, Paweł, zanegował jej wersję utworem On i ona.

** Tadeusz Boy-Żeleński, Od tłumacza, ss. 6, 8-9 [w:] Alfred de Musset, Spowiedź dziecięcia wieku, przeł. Tadeusz Boy-Żeleński. Warszawa, CIL Polska 2000. Arcydzieła Literatury Światowej

*** Ibidem, ss. 23-24. 

 

Henry Fielding, "Historia życia Toma Jonesa"

Kto powiedział, że powieść oświeceniowa musi być nudna? Wszystkich ignorantów jestem zmuszona odesłać do zjawiskowej, pełnokrwistej, rasowej, ekspresyjnej, nieprzeciętnej, mmm… fenomenaaalnej historii, którą dobrodusznie raczy nas Fielding. Tom Jones (The History of Tom Jones, 1749) poraża głównie prężną, przemyślnie skonstruowaną akcją i nietuzinkowym, jędrnym zacięciem satyrycznym. Momentalnie wbija w fotel, gwarantując przednią zabawę aż do samego końca. Imponuje mi niespożyta fantazja autora. Pierwszorzędny materiał na serial.

Książka jest wyjątkowo smakowitym przykładem tzw. powieści pikarejskiej. Kto dotychczas nie miał styczności z taką literaturą, niech przeczyta tym bardziej – inne książki z tego nurtu stoją o stopień niżej. Akcja utworu toczy się dynamicznie, zgodnie z kluczem powieści łotrzykowskiej.

Poręcza to wyjściowa charakterystyka osoby Toma: według zgodnej opinii domowników pana Allworthy, chłopiec bez wątpienia urodził się po to, by skończyć na szubienicy*. Na taki, a może inny, finał odbiorca musi czekać przez dwa tomiszcze zgrabnie podzielone na osiemnaście ksiąg. Ale odwagi, to tylko tak groźnie brzmi. Toma poznajemy w zagadkowym momencie, gdy jako śpiące niemowlę niespodziewanie pojawia się w łóżku pana Allworthy, zacnego szlachcica z hrabstwa Somerset. Podrzutek już niebawem staje się ulubieńcem swego dobroczyńcy. Pierwsze kłopoty zaczynają się w chwili, gdy na scenie pojawia się Blifil, syn siostry dziedzica. Fielding korzysta z popularnego schematu: czarny-biały, przewrotnie barwiąc swoich bohaterów. Tom okazuje się prawdziwym kryształem, chociaż nie pozbawianym mało chlubnych rys, będących pochodną jego instynktów i lekkomyślności. Bez względu na komplikacje, a tych nie brakuje, sympatia czytelnika jest bezsprzecznie po jego stronie. Blifil irytuje perfidną quasi-prostolinijnością. Dla mnie jest odrażający, fe! Intrygi panicza prowadzą do wygnania Toma z dworu, ale to dopiero początek piętrzących się trudności.

Fabuła krzyżuje się w przedziwny sposób. Podczas lektury cały czas zastanawiałam się, czym jeszcze pisarz mnie zaskoczy, co jeszcze skomplikuje. To wyzwanie: gdyby ktoś usiłował bardziej powikłać opowieść, dokonałby większej sztuki niż sam autor. A ten sprawnie operuje całością; płynnie ogarnia nakreślone wątki, również te drugorzędne, i potrafi je zręcznie rozplątać. W finale zdradza m.in. sekret pochodzenia Toma, pozostawiając czytelnika w przeświadczeniu, że teraz wie już wszystko. Tak, to budzi szacunek, szczególnie w konfrontacji z faktem, że w chwili wydania powieści (1749) ten gatunek literacki jeszcze kulał, dopiero się kształtował.

Utwór ma charakter głównie rozrywkowy (komizm sytuacyjny, komizm postaci). Jednocześnie jest również gibką, niekiedy pikantną, satyrą najwyższej próby; ukazuje portret epoki i charakterów. Literat nie rości sobie pretensji do rozważań ideowych. Wyjątkiem są eseje poprzedzające każdą księgę – mieści on w nich sumę swych poglądów na życie i sztukę – odbiorca może je jednak pominąć bez uszczerbku dla akcji. Przejrzysty, czytelny język, unikat w prozie XVIII-wiecznej, tym bardziej sprawia, że wraz z ostatnia kartką czujemy tylko żal – żal, że to już koniec.

* Henry Fielding, Historia życia Toma Jonesa, przeł. Anna Bidwell. Łódź, Wydawnictwo Łódzkie 1985, t. 1, s. 61. Trzy Wieki Kultury Europejskiej

William Makepeace Thackeray, "Targowisko próżności"

Jak na powieść bez bohatera (podtytuł), Targowisko próżności (Vanity Fair, 1848) nie jest bez winy. Jawnie faworyzuje dwie persony, wokół których wiją się liczne wątki i postacie. Czytelnik poznaje makiaweliczną Becky Sharp i prostoduszną Amelię Sedley, w chwili gdy obie heroiny przebywają na pensji. Jeśli jednak ktoś oczekuje tzw. powieści pensjonarskiej, będzie rozczarowany. Panny etap szkolny mają za sobą już w pierwszym rozdziale – to raz. Styl, panorama opisywanego świata i jarzmo semantyczne nie licują z tego typu literaturą – to dwa.

Przypadek zetknął osoby z dwóch rozbieżnych krańców kosmosu. Powieściowe losy Becky i Amelii rozpoczynają się w tym samym momencie, ale nie biegną jednolitym torem; tylko chwilowo się stykają, gdy jest to im po drodze. Ostatecznie, co łączy córkę majętnego londyńskiego kupca z bezposażną latoroślą malarza i francuskiej baletnicy? Na pewno nie przyjaźń, chociaż dziewczęta ją deklarują. Nie, to nie jest powieść o prawdziwej przyjaźni. Po lekturze mogę nawet sceptycznie dociekać, czy aby takie uczucie faktycznie istnieje.

Od pierwszych kart przytłacza odbiorcę przenikliwie sportretowany kult pozycji społecznej i bogactwa. A najcelniejszą i najprostszą drogą do tego jest… tak, właśnie – małżeństwo, które jest zarówno celem, jak i środkiem do celu. Thackeray wysługuje się osobą Becky, aby zilustrować ten system. Jeżeli pan Joseph Sedley jest bogaty i wolny, dlaczego ja nie miałabym się za niego wydać? Mam przed sobą tylko dwa tygodnie, ale próbować nie zawadzi* – kalkuluje chwacko Rebecca, myśląc o starszym bracie koleżanki. Jos jest jednak zaledwie jednym punktem na liście jej podbojów, pod koniec książki będzie ich znacznie więcej. Jak się okazuje, na targowisku próżności realne uczucie jest luksusem, na który nie stać nawet zamożnych; na horyzoncie jest zawsze jakaś inna korzyść. Atoli weźmy pod uwagę, że nasza powieść nosi tytuł Targowisko próżności, a targowisko próżności to bardzo podejrzany rynek, pełen fałszu, obłudy, kłamstwa i szacunku dla pozorów** – czy coś dodać, czy coś ująć?

Około połowy pierwszego tomu autor niespodziewanie lokuje obie panny w związku małżeńskim. Tożsamości ich mężów dobrotliwie nie zdradzę – dobrotliwie dla tych, którzy książki jeszcze nie czytali – ale scenariusz jednego i drugiego przypadku uwierzytelnia powyższą tezę Thackeraya. I proszę, co tak naprawdę się w małżeństwie liczy: Ach, mogłam zostać lady! Mogłam wodzić za nos starego i zaprowadzić go, dokąd zechcę. Mogłam podziękować pani Marcie Crawley za jej protekcjonalne miny, a panu Pittowi za niestrawną uprzejmość. Miałabym dom przy Great Graunt Street, odnowiony i świeżo umeblowany. Miałabym najszykowniejszy ekwipaż w Londynie i lożę w operze, i w przyszłym sezonie byłabym zaprezentowana u dworu. Mogło to być! Mogło!*** – boleściwie medytuje przebieglejsza z bohaterek po swojej – jak się szybko okazało – niefortunnej decyzji.

Jednak działanie tego mechanizmu odczuwają wszyscy. Jest on przedstawiony jako fatum, które determinuje losy marionetek. Powieść Thackeraya jest dla mnie monumentalną cegłą – buduje ona obraz kultury i obyczajowości Wielkiej Brytanii z pierwszej połowy XIX wieku. Dla współczesnego polskiego czytelnika jest on dość egzotyczny, ale niewątpliwie szlachetnie nakreślony, także w detalach (np. bestsellery, podręczniki szkolne, dandysi, artyści, geografia). Jednocześnie pozwala lepiej zrozumieć ówczesną literaturę. Frapuje mnie przykład Amelii; chętnie pasowałabym ją na nową Penelopę. Głupiutka Amy świadomie – tak, raczej świadomie – roztacza elegijny nimb świętości wokół swego wdowieństwa. Jest ono cnotą, ale harmonijne szczęście u boku wartościowego mężczyzny z dużymi stopami już nie. Prywatnie zastanawiam się, czy w realnym życiu istnieją jeszcze tacy dżentelmeni jak Dobbin…

Lektura powieści nie kończy się wraz z drugim woluminem. Refleksji jest więcej i więcej. Zastanawia np. złożoność natury ludzkiej. Plastyczna kreacja kapryśnej, wiarołomnej awanturnicy jest największym sukcesem nie tylko Targowiska próżności, ale i całego literackiego dorobku pisarza. Ponadto uznanie budzi konstrukcja bohaterów, nawet tych, którzy początkowo wydają się bladzi i powierzchowni – oni wszyscy żyją. I przy okazji przekazują kilka ciekawych nauk moralnych. Teraz jestem bardziej skłonna uwierzyć, że nawet lowelas i utracjusz może prawdziwie pokochać oraz dochować wierności jednej kobiecie. No i przestroga: zbyt sprytny traci więcej niż to sobie oszacował.

Zdecydowanie polecam. Piękna, niebanalna, apetyczna opowieść, rysowana sprężyście, z rozmachem zachwyca jednocześnie rzadką erudycją i chłodnym intelektem. Mmm… nektar i ambrozja.

* William Makepeace Thackeray, Targowisko próżności, przeł. Tadeusz Jan Dehnel. Warszawa 1998, t. 1, s. 26.

**  ibidem, s. 108.

*** ibidem, s. 211.

 
1 , 2